Ciepło tu i wygodnie. Przylepiona do masy, która ślamazarnie sunęła w kontraście, M krzywiła się co rusz szturchana wszędobylską, natarczywą światłością. Kiedyś nęcąca pokusa, teraz cuchnąca dziura, z której wypływała owa światłość stała się owrzodzeniem gałek ocznych. Coś musiało zostać zrobione. Koniecznie.
Odwrócić się i pójść w cień, którego coraz mniej? Nie. To nie w stylu M. Raczej pozwoliłaby się wessać i jak szpieg, najchytrzejszy z chytrych, dostać się do samego źródła. Źródełka. I tam zrobić to co trzeba.
M weszła w stan doźródłowujący, dzięki czemu oślepieni cieplariusze wnieśli ją w głąb swego raju. Nic nie musiała robić, więc był czas na przygotowania. Jakże to słodkie.
Lata minęły i świat zapomniał, jak to jest tonąć w fotonach ogłupiałych i chaotycznych. Ktoś tam nawet pamiętał, ale raczej nie wspominał tych odległych czasów. Po co?
Wreszcie widać wszystko jakim jest.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz