Zamknięta przestrzeń wyspy przytłaczała Ćmikara. Przebywał tu częściowo nie ze swojej winy. Sam uważał, że jest to naturalna kolej rzeczy, coś pomiędzy karą a katharsis. Roztańczył się kiedyś na granicy szaleństwa błądząc pomiędzy realnością a skowytem psychozy przy okazji niszcząc inne światy. Został skazany i zamknięty w potwornym miejscu pośrodku oceanów.
Miał dużo czasu. Nudził się a to nie leżało w jego naturze. Planował ucieczkę. Chciał znowu być w świetle i żyć.
Ciasne wnętrze czaszki Ćmikara bulgotało gdy przeprowadzał symulacje i sprawdzał w myślach kolejne warianty ścieżki ku wolności. Napięcie było tak duże, że pomiędzy czułkami niczym pioruny przeskakiwały iskry. Zapach ozonu drażnił nozdrza dodatkowo wzniecając ogień niecierpliwości.
Musiał znaleźć sposób na opuszczenie wyspy i znalazł. Zbuduje skrzydła. Oryginalne i nowoczesne. Z piór i wosku. Prawdziwie nowatorski pomysł… tylko trzeba uważać na kilka szczegółów takich jak słońce i woda. Głupoty.
Obsesyjnie i szaleńczo rozpoczął działania.
Metodycznie wabił do swojej celi gołębie pocztowe przelatujące nad wyspą i mordował je bez skrupułów. Uzbieranie odpowiedniej ilości wosku nie było już zbyt trudne. Tuż za oknem wisiało gniazdo dzikich pszczół. Bolało, no ale cóż…
D-day nadchodził. Rozpoczął wyklejankę tworząc w głowie jednocześnie czeklistę startu, przelotu i lądowania. Programował się na sukces. Nowocześnie.
Po miesiącach prac inżynieryjnych skończył. Posejdon mu sprzyjał. Ocean był spokojny a niebo bezchmurne. Rzucił się ku wolności.
Chciał coś popodziwiać ale po horyzont tylko woda. Podziwiał więc wodę. Tak bardzo ją podziwiał i tak bardzo szwendała mu się po głowie myśl o unikaniu słońca, że zgłuptaczył w nią jak kamień.
Ciemność. Widział ciemność. Jądro ciemności. Gdzieś w oddali zamajaczyło światełko. Zbliżał się w jego kierunku. Robiło się coraz większe i coraz bardziej gorące. Żółto czerwono gorące. Dziwna ta wolność. Światłość stała się nieznośna i oślepiała go. Paliła. Zbliżała się bezlitośnie. Nie będzie próbował ucieczki. Nie ma tu ptaków ani pszczół. Zrozumiał, że został mu tylko jeden spacer. W kierunku bramy, która była coraz bliżej w samym jądrze czerwoności. Tuż przed nim wyrosły niczym z podziemi olbrzymie pajęcze nogi...
Ciemność. Widział ciemność. Jądro ciemności. Gdzieś w oddali zamajaczyło światełko. Zbliżał się w jego kierunku. Robiło się coraz większe i coraz bardziej gorące. Żółto czerwono gorące. Dziwna ta wolność. Światłość stała się nieznośna i oślepiała go. Paliła. Zbliżała się bezlitośnie. Nie będzie próbował ucieczki. Nie ma tu ptaków ani pszczół. Zrozumiał, że został mu tylko jeden spacer. W kierunku bramy, która była coraz bliżej w samym jądrze czerwoności. Tuż przed nim wyrosły niczym z podziemi olbrzymie pajęcze nogi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz