Przyklejony do sklepienia lochu leniwy strażnik przyglądał się duszy, która stanęła w wejściu i wydawała się niezdecydowana na krok w przód. Z zasady nie namawiał. Bawiło go raczej zaplątywanie węzłów niezdecydowania niż ich rozcinanie. Wczytywał się w losy przechodzących na druga stronę. Gdyby dbał o doczesność, to byłby bogaty. Ale to nie jego bajka.
Ten Parszywiec w drzwiach trochę go jednak intrygował. Postanowił się odezwać.
- Muskam twój grzbiet. Czujesz mnie tam? Delikatną masz powłokę a ja mocny jad. Teraz już cię znam. Czytam twoje myśli, czarno tam masz. Gęsto i ponuro. Będziesz pasować. Piękny jest mój świat, gronostajowy, zielony, czerwienią ognia się mieniący. Na sklepieniu czekam. Tu w dole jest już miejsce dla ciebie. Ciasne, ciemne i nijakie. Gdy wspomnienia przeczytam nogą musnę cię po czaszce i naznaczę strutą twarz. Siecią cię oplotę, podgnijesz jeszcze trochę i zatrujesz krew. Ja tu jestem, czekam. Ścieżkę znasz.
Dopiero gdy skończył postać poruszyła się. Uniosła łeb skryty kapturem i zdawała się wpatrywać w strażnika. On nie czuł się tym poruszony, choć zaczynał podejrzewać, że coś przeoczył będąc w myślach tego człowieka.
- Byłeś tu już?
- Nie wiesz?
Teraz strażnik już nie miał wątpliwości. Czegoś nie dostrzegł. W tym ciele skryła się tajemnica. Zwiódł albo zwiedli go. Nie był pewien, a teraz mimo wielu prób jaźń tego człowieka nie dawała się złamać. Była jak zaklęty mur.
Skupiony na kolejnych próbach przedostania się do jego uniwersum nie zauważył, że Parszywiec znalazł się już obok niego. Przechytrzył go.
- Mam cię! - kolczuga świsnęła przy głowie strażnika i tylko dzięki instynktowi starego wojownika nie rozłupała mu czaszki.
- Nie tak szybko.
Strażnik przywykły do życia głową w dół sprawnie uszedł kolejnym próbom pozbawienia go życia. Parszywiec zatrzymał się i spuścił łeb. Coś mamrotał. Strażnik zwęszył szansę ucieczki. Cały czas zastanawiał się kto to jest i czemu chce go zniszczyć. Katem oka dostrzegł, ze wejście do jego nory jest uchylone. Zrobił szybki skręt i… jego nogi były jak z ołowiu. Nie mógł ich ruszyć. Parszywiec przysunął się do niego i powiedział:
- Obiecałem, że dam ci trzy szanse na szybką unicestwę. I dałem. Trzeba było brać. Zaraz ktoś po ciebie przyjdzie. Gotuj się do drogi.
Rzeczywiście po kwadransie pojawiła się dobrze znana mu postać. Zatrzymała się przed wejściem, bo to droga tylko w jedna stronę.
- Który to raz już rozmawiamy? Obiecywałem ci, że w końcu będziesz robił to co ja będę chciał. Albo zginiesz.
- Matka cię przysłała? Co u niej?
Przybysz zignorował pytanie i rozkazał Parszywcowi:
- Do skrzyni go i na stos. Albo do byka. Jak wolisz.
Wkopał do lochu klonową skrzynię z prymitywnymi okuciami.
Łowca ją otworzył i wsadził do niej sparaliżowanego strażnika.
- Uwaga na nogi. - powiedział od niechcenia i nawet nie popatrzył, czy więzień zdążył je schować odrąbując mu trzy palce przy zatrzaskiwaniu wieka.
- Przyślij tu kogoś i zostaw przed wejściem zapłatę. - powiedział Parszywiec do Przybysza.
Skrzynię wkopał do korytarza prowadzącego w głąb ziemi. Czekały już na nią czarne dłonie kata. Parszywiec zapłacił mu duszą człowieka, którego ciało opętał. Teraz musiał sam wrócić.
Wyciągnął sztylet i rozpłatał ciało jednym gładkim ruchem od krocza aż po mostek. Popatrzył zaciekawiony na wypadające wnętrzności i pozostał wyprostowany, gdy ciało opadało na podłogę. Zapadł się w swoich zaklęciach, by po chwili otworzyć oczy w pokoju niewiasty, u której zostawił coś więcej niż tylko chwile rozkoszy. Tak, dobrze to zaplanował. Jest teraz w jej ciele i jest mu dobrze. Zaraz wyjdzie z celi i uda się do piwnic klasztoru, by podnieść pozostawione dla niego pieniądze przy zakazanym lochu. Później zabawi tu jeszcze trochę… uwielbiał te nieobyte same ze sobą ciała. Gdy uzna, że już dość, zostawi znak na ołtarzu. Ale teraz czas na przyjemności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz