Wiatr się zerwał straszliwy w dolinie tortur. Bordowo blade chmury zawisły nad wystającymi ze skał palami, na których katowano ludzi. Rydwan Czarnej Wiedźmy wzbił rdzawy kurz gdy w galopie przelatywał przez dolinę najwyraźniej czegoś szukając. Ten wiatr. To ona. Niewiele rzeczy potrafi doprowadzić ją do takiego stanu. Czarna rozpacz, krwawa zemsta, czy może śmierć? Cudza śmierć.
Przekrwione oczy przeczesywały skały próbując namierzyć znak, który ujrzała w szklanym oku topielca. On musi gdzieś tu być! Musi!
Jest.
Z rdzy i kurzu wyłoniły się kościste dłonie demona. Zbliżyła je do twarzy skazańca dotknęła oczu.
- Żyjesz. - wyszeptała. - To dobrze. Nie pozwolę ci długo konać. Kim byłeś i dlaczego mnie tu przywlókł ojciec?
- Aghrrrr….
- Nic nie mów. Sama sprawdzę.
Teraz wyłoniła się cała zza zasłony diabelskiej mgły. Skazaniec zamarł z przerażenia. Musiała być piękną kobietą za życia… Za życia. Czuł dokładnie całe złowrogie wnętrze tego potwora. Czuł to nie raz. Jako egzorcysta. Ona też już to wiedziała. Jej furia zaczęła miotać fragmenty skał po całej dolinie.
- To ty! To ty go odesłałeś precz. Obiecałam ci, ze odnajdę cię nim zdechniesz! Ty!
Krzyk przeszedł w smutny szept zrozpaczonej kobiety.
- Może jeszcze zdążę… może się uda. Kochany, może się uda i cię wydobędę z otchłani raju i razem powrócimy do piekieł… razem… kochany..
Ten mnich kiedyś nawrócił jej kochanka i oczyszczonego wysłał ku niebiosom. Tym znienawidzonym niebiosom. Ale może jeszcze uda się jej to naprawić… może się uda… Tylko to ścierwo musi przeżyć. Ściągnęła go z pala, tamując krew niedbale. Byle przeżył.
- Wiesz tak długo szukam, tak długo tęsknię. Zabrałeś mi go. Oddasz. Jego lub siebie. Ale siebie nie mi… - zamruczała z niechęcią do dochodzącego do siebie mnicha. - Popatrz mi w oczy i zobacz pustkę, której nie mogłam zapełnić przez tyle lat. Pochłonęłam tylu, ale wszyscy byli tak czerstwi… nikt już mnie nie nasyci. Nikt. Teraz mam ostatnią szansę. Potem wrota na zawsze opadną. Nie mogę już dłużej tak. Nie będę!
W snach widziała nie raz, jak oddaje swą duszę demonowi, a ten bierze ją i… wyrzuca. Niespełnienie. Po wielu latach zaczynała rozumieć, że tylko, gdy się otworzy…
Zerwała brudne szmaty z umierającego człowieka i zrzuciła swoje. Jeśli połączy ich ciała on sczeźnie w czeluściach u ojca, ale ona wyrwie duszę ukochanego na dół. Do niej. Była gotowa, ale ten nędzny pomiot ludzki nie był w stanie wykrzesać nic z siebie. Zdechł.
Rozpacz pomieszała jej zmysły. Szaleństwo i przeraźliwy wrzask demona zasypał dolinę złem. Wbiła szpony w swój brzuch. Wnętrzności rozlały się na truchło mnicha.
- Patrz! Patrz! Nic tu już nie ma, zgnilizna i smród.
Wzniosła ręce ku niebu i wysyczała:
- Masz co chciałeś! Masz!
Padła na tłuste ścierwo. Szeptała smutna i zrezygnowana do siebie:
- Kochany żegnaj, otworzyłam się i nic. Nic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz