- Podaj mi dłoń. Sięgniesz?
Cisza. Wyciągnięta dłoń drżała a otwory pozostałe po wyrwanych palcach ściągały muchy. Nie czuł tego, ani nie widział. Noc nadeszła równie niespodziewanie co śmierć.
Latami odkładana podróż nie tak miała się skończyć. Przypadek (albo i nie) sprawił, że skrzyżowali swą ścieżkę z watahą wygłodniałych szmaciarzy, którzy mieli się za wilki co najmniej królewskie. Byli sprawni jak kulawe taborety, lecz było ich po prostu wielu. Zbyt wielu.
- Wybacz mi synu. - mruczał sam do siebie wlepiając jednocześnie oczy w Syriusza. - Zbierałam się i zbierałem, ale zawsze jakieś spróchniałe kłody padały mi pod nogi. Nawet ich nie mogłem pokonać… Teraz zostałem tu na pastwę leśnych czyścicieli. Zeżrą mnie i rozniosą po lesie tak, że nawet mnie nie znajdziesz by się pożegnać. Albo wykrzyczeć mi wszystkie żale…
Był ostatnim, który przetrwał tą rzeź. Przyczołgał się do martwej grubej kobiety. Pamiętał, że miała pergamin i inkaust. Głupia myśl, albo raczej złudna nadzieja, że coś nabazgra, utrzymała go przy życiu i dodała nadspodziewanie dużo sił.
- Widzisz? To Syriusz. Dziś jest najjaśniejszy na niebie. - stwierdził idiotycznie, bo jeszcze nie był na tym etapie, by porozumieć się z umarłą matroną. - Idziesz tam, czy gdzie? Ja jeszcze nie zdecydowałem. Muszę tylko jedną rzecz napisać… dasz mi…
Nie skończył. Spory kamień roztrzaskał mu czerep. Pewnie jakiś leśny duch upatrzył sobie mięso, w którym płynęła jeszcze krew. I tyle go widzieli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz