2017-02-07

Szept

Kajdany były tak zimne, że człowiek przykuty do skały zupełnie nie czuł dłoni. Noc czarna i przeraźliwe niema. Jedynym pocieszeniem było to, że skała zatrzymała odrobinę ciepła, którym obdarzyło ją słońce za dnia. 
Na tym pustkowiu nie było nic prócz skał i piachu. W bezksiężycową noc gdy wiatr znikał za horyzontem samotność rozrywała mózg. Myśli, które mogłyby wypełnić choć trochę pustkę dawno splądrowały wszelkie zakamarki jaźni po czym padły martwe nie pozostawiając po sobie nawet najsłabszego echa. Nicość w nieskończonym uniwersum duszy bolała mocniej niż najcięższe tortury.
Ciszę przerwał chrapliwy szept. Prosto do ucha.  
 - Jak ci tu? 
Człowiek nie poruszył się. Skąd? Powinien był słyszeć, że ktoś się zbliża. W tej ciszy powinien coś słyszeć. Cokolwiek.
 - Jak…?
 - Usłyszałam cię. Głośno jęczysz tam po drugiej stronie. 
W stojącym powietrzu zawisł odór gnijących ciał. 
 - Drugiej stronie? - zapytał biedak i od razu pożałował, bo smród truchła zalał mu płuca szlamem.
 - Tak. Zaciekawiłeś mnie. Przyssała mnie twoja pustka. 
 - Kim jesteś?
 - Jestem wszystkim. Mogę być i tu i tam jednocześnie. Lecz gdy mnie będziesz szukał zawsze będę po drugiej stronie. Rozumiesz?
Nadchodzący świt rozświetlił słabo postać przed twarzą człowieka. Głowa zszyta z kawałków blado sinych skór, krwawiące usta zaszyte rzemieniem, oczodoły niechlujnie zatkane zakrwawionymi szmatami, spod których ciekła ropa, szyja i korpus poskładany z różnych istot bez symetrii i biologicznego dopasowania. 
 - Ty..., ty nie możesz..., jak mnie widzisz, słyszysz? Dlaczego cię słyszę? 
Na twarzy Śmierci pojawił się grymas pogardy.
 - Wszystko ci już powiedziałam. Skoro nie rozumiesz przyjdę kiedy indziej. Później. Dużo później.
Szept śmierci zgasł i postać rozpłynęła się za zamkniętymi oczami człowieka. Został znowu sam.

Brak komentarzy: